Sparta Praga – Slavia Praga 04.11.2018 4 grudnia 2018

Korzystając z przerwy między meczowej na naszym podwórku jeden z naszych redakcyjnych kolegów postanowił spędzić weekend w stolicy Czech. Równo miesiąc temu (04.11) był świadkiem kolejnych, już 290. Wielkich Derbów. Sparta podejmowała na własnym stadionie drużynę Slavii Praga. Jesteś ciekawy jak wyglądał dzień meczowy, oraz jak zaprezentowali się sympatycy obu drużyn? Zapraszamy do lektury!


Czeski pokaz pirotechniki

Praga nazywana przez Czechów matką miast jest powszechnie znana, więc nie będę się rozpisywał na temat samego miasta. Powiem tylko, że duża liczba turystów i łatwy dostęp do narkotyków sprawia, że zawsze jest tu śmiesznie i nigdy nie można narzekać na brak atrakcji.

Mnie najbardziej interesują wątki kibolskie dlatego zapraszam do zwiedzania Pragi w nieco inny sposób. W czasie weekendu byłem zainteresowany obejrzeniem trzech meczów, niestety udało się zobaczyć tylko dwa. Co mnie zaskoczyło? Przede wszystkim powiew old school’u jakiego już dawno w Polsce nie doświadczyłem.

Zacznijmy od 290 wielkich derbów Pragi, drugi mecz opiszę niebawem. W Pradze jest kilka drużyn, ale mówiąc o wielkich derbach, ma się na myśli zawsze Spartę i Slavię. Jak przystało na odwiecznych rywali, podobno darzą się szczerą nienawiścią.

Na ten mecz czekali nie tylko kibole z Pragi czy Czech. Bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki w cztery godziny, jeszcze w przedsprzedaży dwa tygodnie przed meczem.

Oczywiście nie zdążyłem ich kupić w tym czasie, dlatego zacząłem uruchamiać wszelkie możliwe kontakty, by jakoś wyszarpać chociaż jedną wejściówkę. Nic nie pomogło, dlatego do Pragi jechałem trochę w ciemno. Na stronie Spraty znalazłem info o tym, że trzy godziny przed meczem będzie jeszcze wyprzedaż. Jedyne co mi pozostało to liczyć na farta.

Mecz był o godzinie 17, o 13.30 Slavia organizowała pochód ze starówki na stadion, a o 14 według informacji miały otworzyć się kasy. Plan był taki: przyjeżdżamy o 13 pod stadion, jesteśmy pierwsi w kolejce, o 14 kupujemy bilety i lecimy w kierunku Slavii licząc, że złapiemy ich na trasie przemarszu. Nic z tego nie wyszło. Co prawda byliśmy pod stadionem cztery godziny przed meczem, ale nie byliśmy pierwsi, przed nami czekała już ośmioosobowa grupa młodych anglików. Pokręciliśmy się koło stadionu, pytając pracowników co z biletami. Wszyscy mówili, że już wszystkie sprzedano. Mimo to zgodnie z informacją znalezioną w sieci postanowiliśmy czekać.

O godzinie 14 kolejka do kasy liczyła już koło dwudziestu osób, o 14.20 było już koło pięćdziesięciu, o 14.45 koło siedemdziesięciu, a wśród nich poza nami i anglikami jeszcze Niemcy, jacyś Latynosi z Ameryki Południowej oraz Chińczycy. Ludzi coraz więcej, a kasy ciągle zamknięte.

Koło godziny 15 tłum pod stadionem gęstniał. Zaczęło się pojawiać coraz więcej kibiców Sparty. Pod kasami kibole rozstawili sklepik. Podbiliśmy do nich z zapytaniem co z biletami i kiedy otworzą w końcu te kasy. Jakiś wielki typ powiedział nam, że nie będzie już żadnych biletów, ten komunikat w necie jest bardzo ogólny i dotyczy wszystkich innych meczów. Mecz derbowy rządzi się swoimi prawami. Spytaliśmy się, czy mają do odsprzedania jakieś wolne bilety odpowiedział, że mają tylko dla swoich ludzi i że nie mamy na co czekać. Byliśmy zawiedzeni, ale nie daliśmy za wygraną.

W tym czasie pod stadion przyszła Slavia. Psów jak na taki mecz nie było zbyt wiele. Zabezpieczali ten mecz w zupełnie innym stylu niż w Polsce. Prewencja bez tarcz stoi w luźnym szyku, sporo tajniaków ze słuchawkami w uchu, niewiele kabaryn i radiowozów plus policja konna.

Slavia podeszła pod sektor gości, ale policja nie oddzielała ich szczelnym kordonem, dlatego można było się swobodnie poruszać między gośćmi stojącymi za policją, a gospodarzami. Ponadto Slavia mogła sobie spokojnie wychodzić np. do sklepu czy gdzieś poza kordon psów. To samo działało w drugą stronę tzn. przy Slavii bez żadnego przypału stali sobie człenie w szalikach Sparty. Wszystko bez żadnych przejawów wrogości czy agresji. Gdzie jest ta nienawiść? Korzystając z tego luzu, my też przebiliśmy się przez kordon i ustaliśmy pod sektorem gości. Chcieliśmy zobaczyć jak prezentuje się Slavia „od kuchni”. To, co zobaczyliśmy pod stadionem i na sektorze to jakby dwie zupełnie inne ekipy.

Wracając z tej obczajki, spotkaliśmy Polaka, który dał nam cynk, że przed meczem koniki będą handlować biletami. Postanowiliśmy poczekać. Jest 15.30 pod stadionem już tysiące ludzi, pijących browary i szukający biletów z napisem „koupim listek”. Obracając się w tym tłumie, po jakimś czasie faktycznie zauważamy, jak co niektórzy przekazują hajs z rąk do rąk. Przysłuchując się rozmowom, wreszcie namierzyliśmy delikwenta handlującego wejściówkami.

Podbijamy i zaczynamy gadkę. Osiedlowy biznesmen w wieku około 23-25 lat mówi po czesku, my odpowiadając mu po polsku dogadujemy się bez problemu. Pytam się za ile pogoni „listek”. On mówi 900 koron. Cooo? To 4,5 razy więcej niż w normalnie. Pokręciliśmy się jeszcze i okazało się, że to jednak wcale nie tak drogo. Większość goniła bilety po 1200 koron. Problem polegał na tym, że miałem tylko 300 koron i złotówki. Mówię mu, że możemy kupić bilet za 300 koron i 100zł (około 590 koron) on zawijając się do swoich ziomków odpowiedział, że przyjmuje tylko euro lub dolary.

Pogibał się przy nich i po chwili wszyscy wracają do nas mówiąc, że chcą sprawdzić nasze złotówki. Pewnie obczaili w necie kursy walut i rozkminili, że też im się opłaci. Zaczynają macać kasę, oglądają z dwóch stron, by w końcu orzec, że jest prawdziwa i zgadzają się na naszą propozycję. W ten sposób kupiłem bilet za 300 kron i 100zł.

Pozostał jeszcze mój ziomek. Handlarze powiedzieli, byśmy poczekali chwilę, za jakiś czas dojadą kolejne bilety. Po pół godziny podbijamy do nich znowu. Mówią, spoko możemy wam sprzedać listek, ale tym razem za 1200 koron. Zaczynamy się kłócić, że chcemy po wcześniejszej cenie, ale niestety twarde prawa wolnego rynku są bezlitosne. Usłyszeliśmy, że jak go teraz nie kupimy, to na nasze miejsce jest już pięciu innych typów. To był ostatni dzień naszego pobytu w Pradze, dlatego spłukaliśmy się z koron i mieliśmy tylko złotówki. Tym razem dajemy im 200zł, z czego koniki wydają nam po ciężkich targach jeszcze 100 koron reszty.

Stadion Sparty na Letnicy do czasu, gdy Slavia wybudowała sobie swój stadion, był największym i najnowocześniejszym obiektem w mieście, to na nim grała też reprezentacja. Same trybuny prezentują jeszcze elegancko, ale infrastruktura około stadionowa najlepsze lata ma już jednak za sobą.

Zdziwił mnie brak jakiegokolwiek płotu między trybunami, a boiskiem. Po za półmetrowym rowem nie ma praktycznie żadnej przeszkody.

Mecz zaczyna się od hymnu Sparty.

Kolejną ciekawostką jest to, że kibice Slavii siedzą sobie w szalikach na trybunach Sparty i nic im się nie dzieje. Z jednej strony słyszeliśmy pod stadionem głosy zero tolerancji dla SKS (czyli Slavii), ale widać, że od słów do czynów jest tutaj bardzo daleka droga.

 Slavia wypełniła szczelnie sektor. Myślę, że mogła wspierać swoją drużynę w 630-680 osób. Miała ze sobą dwa bębny i osiem flag.

Wszyscy byli ubrani na czarno co sprawiało, że prezentowali się bardzo konkretnie i z daleka nawet groźnie. Zupełnie inaczej niż pod stadionem.

 

Stadion poza jednym buforem wypełniony po brzegi. Sparta wywiesza około sześćdziesięciu flag. W przeważającej większości są to jednak małe piknikowe flagi z nazwą miejscowości. Flag typowo kibolskich lub fan klubowych jest około dwudziestu pięciu.

Na początku meczu wjeżdża pierwsza z oprawa. Sektorówka z piro, hasło na transparencie „Jeden za vsechny, vsichni za Spartu”, chyba nie wymaga tłumaczenia.

W dziesiątej minucie swoją pierwszą oprawą prezentuje Slavia, to sektorówka obejmująca dwa piętra sektora gości. Tutaj nastąpiło spore rozczarowanie bo zabrakło piro. Skandal!

Trzeba było bardzo uważać, by nie przegapić kolejnej oprawy ze strony Sparty, która w tym samym czasie prezentowała kartoniadę na pół stadionu. Kartoniada w barwach Spraty oraz barwach Czech z datą 1918 to uczczenie setnej rocznicy powstania Czechosłowacji, która przypadała 28 października.

Co się odwlecze to nie uciecze, w 30 minucie Slavia odpala sporą ilość pirotechniki. Najpierw przez kilka minut płoną race, po nich odpalone zostają białe stroboskopy, które zbiegają się ze strzeleniem pierwszej bramki dla Slavi.

Sektor szaleje i zaraz po tym Slavia w doskonałym humorze krzyczy do Sparty tekst dobrze znany w Polsce „ej k..wy, coście tak ticho” jednak z czeskim akcentem brzmiał on wyjątkowo zabawnie. W tym czasie kibice Slavii siedzący w barwach na sektorze Sparty bez ogródek pokazują swoją radość i nic im się nie dzieje.

Druga połowa również zaczyna się od oprawy Sparty, przy której nie obyło się bez małej wpadki. Początkowo transparent o treści ”Jedno miasto, jeden klub” został powieszony do góry kołami. Odwrócenie go zajęło chwilkę. Zaraz po tym, po raz kolejny odpalano pirotechnikę, tym razem poza racami też świece dymne w barwach klubu.

Chwilę później Slavia ponownie odpala kilka rac.

Mecz trwa, a na trybunach nie przestaje się dymić. Sparta nie daje za wygraną i rozświetla swój sektor na czerwono kilkunastoma świecidełkami.

Race się wypaliły, ale to nie koniec. Ostatnim akcentem było spalenie szalików Slavii, zawieszonych na młynie Sparty. Slavia również miała wywieszonych kilka zdobycznych barw Sparty, ale nie wiedzieć czemu nie spaliła ich, tylko zabrała z powrotem do domu.

Podsumowując: Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony ilością pirotechniki i opraw. Sparta zaprezentowała cztery, Slavia dwie i pół oprawy. Jedna i druga ekipa dopingowała przez cały mecz. Doping nie był jednak fanatyczny, ale był dobry. Przyznaje, że nie spodziewałem się aż tylu emocji.

 

Kibol Pielgrzym