Legia Warszawa – ŁKS Łódź 09.02.2020 12 lutego 2020

O niedzielnym hicie Ekstraklasy, który odbył się w Warszawie powiedziano już wiele, czas na oficjalne relacje samych zainteresowanych, które wrzucamy poniżej przeplatane ze sporą ilością zdjęć i filmików.

 

Relacja Legii Warszawa:

Ostatnimi czasy zimowe przerwy w piłkarskich rozgrywkach ligowych są coraz krótsze. Podczas gdy jeszcze kilka lat temu na wznowienie ligi czekało się prawie trzy miesiące, ta z bieżącego sezonu trwała praktycznie o połowę krócej. Sytuacja ta jednak nas – fanów Legii – jakoś specjalnie nie zmartwiła, bo dzięki temu znacznie wcześniej mieliśmy szansę wybudzić się z zimowego snu, aby wspierać dopingiem naszych piłkarzy.

Rok kalendarzowy 2020 legionistom przyszło rozpocząć od pojedynku z łódzkim KS. Nieznani Sprawcy jeszcze na długo przed nim gorąco zachęcali wszystkich do jak najliczniejszego pojawienia się przy Łazienkowskiej. Klub, również chcąc przyciągnąć na trybuny możliwie jak największą liczbę kibiców, przez pierwsze dwa dni sprzedaży obniżył ceny biletów o dwadzieścia procent. Podstawowa cena wejściówki, czyli 35 złotych, i tak względnie nieduży wydatek, więc w zasadzie każdy, kto tylko chciał, w niedzielny wieczór spokojnie mógł zjawić się na Estadio WP. Summa summarum trzeba jednak przyznać, że jeśli chodzi o frekwencję, to nie mieliśmy się czego wstydzić – niespełna 20 tysięcy osób na trybunach w lutym (w tym pełna Północna) to wynik bardziej niż przyzwoity.

 

Podczas rywalizacji z eŁKSą na „Żylecie” wsparła nas dwustuosobowa grupa fanów z Hagi. Na okoliczność tę okoliczność Holendrzy przygotowali nawet klip wideo. Fani FC Den Haag spędzili w stolicy bardzo przyjemny i aktywny weekend, po raz kolejny integrując się z nami i umacniając zawiązaną przed wieloma laty przyjaźń. Na stadionie zasiedli w okolicach narożnika „Żylety” i Trybuny Deyny, przyodziani w charakterystyczne, żółto-zielone szaliki „FC DEN HAAG”. Podczas meczu wielokrotnie śpiewaliśmy „Legia-Den Haag, Legia-Den Haag, eja, eja, Legia-Den Haag”.

 

Przed początkiem konfrontacji pozdrowiliśmy naszą żywą legendę – pana Lucjana Brychczego, by chwilę później zaintonować „Sen o Warszawie”. Dyrygujący dopingiem „Staruch” gorąco zachęcał nas do wzmożonej aktywności na trybunach, tym bardziej że od ostatniego spotkania przy Łazienkowskiej trochę czasu upłynęło. Trzeba przyznać, że chwilę nam jednak zajęło, nim doszliśmy do siebie po tej kilkutygodniowej przerwie.

Wraz z „Mistrzem Polski jest Legia” Nieznani Sprawcy zaprezentowali choreografię. Na płocie za bramką rozciągnięto czarny transparent z napisanym czerwonymi literami hasłem „Legia ponad każdym”. Z góry „Żylety” zjechała z kolei sektorówka z portretami dwóch animowanych chuliganów z teledysku do znanego utworu „Każdy ponad każdym”, nagranego przez WWO w 2004 roku. Różnica polegała jednak na tym, że oprychów zastąpiono kibicami, „przebierając” ich w legijne ciuchy. Głównemu z nich „zabrano” nóż i podmieniono go na czerwoną flarę. Z tego względu zresztą sektorówka miała specjalne wycięcie w swoim prawym, górnym rogu. Tam bowiem po chwili ultrasi odpalili kilkadziesiąt rac. Całość oprawy wyglądała naprawdę konkretnie.

 

Gdy emocje związane z choreografią nieco opadły, nie zapomnieliśmy pozdrowić naszego byłego golkipera Arkadiusza Malarza, który obecnie broni bramki ŁKS-u, a który wielokrotnie podkreślał, że mentalnie związany jest tylko z jednym miejscem – z Łazienkowską. Bramkarz odwdzięczył się nam szczerymi oklaskami.

 

Doping rozpoczęliśmy dość niemrawo, jednak powoli, systematycznie, z każdą kolejną minutą coraz bardziej ożywialiśmy się wokalnie. Zdecydowanie najlepiej wychodziło nam wykonywanie przyśpiewek „Szkoła, praca, dziewczyna, rodzina” i „Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz!” oraz hitu z Wiednia. Odtańczyliśmy także legijnego walczyka. Naturalnie nie zapomnieliśmy również o naszych zgodach i, co oczywiste, tego wieczora najgłośniej pozdrawialiśmy naszych braci z administracyjnej stolicy Holandii.

Co ciekawe, gra „Wojskowych”, których skład przez okienko zimowe niebezpiecznie się odchudził, m.in. o uwielbianego, bramkostrzelnego Jarka Niezgodę, nie napawała optymizmem. Ich poczynania na murawie wyglądały ospale – trochę tak, jakby ktoś ich przedwcześnie wyrwał z zimowego letargu. Gdy pierwsza połowa miała się ku końcowi, próbowaliśmy zachęcić naszych futbolistów do pobudki, zarzucając „Do boju Legio marsz!” i „Nie poddawaj się!”. Legioniści nie mieli jednak pomysłu, jak efektywnie zagrozić bramce strzeżonej przez Malarza.

Ełkaesiacy przyjechali do Warszawy 14-wagonowym „specjalem” w 1750 osób i szczelnie wypełnili sektor gości. Trudno się jednak dziwić – przez tę wieloletnią absencję łodzianie mieli potrzebę pokazania się. ŁKS wspierany był przez Lecha (140), GKS Tychy (120< i Zawiszę (90). Jeszcze długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego, gdy na murawie pojawili się nasi zawodnicy, próbowali nas „zaczepiać” wokalnie. Początkowo nie reagowaliśmy jednak na ich prowokacje. Gdy jednak zarzuciliśmy nasze słynne „Ceeeee…”, domyśliliśmy się, że „Rycerze Wiosny” zechcą w wiadomy sposób wykorzystać tę sytuację. Byliśmy jednak na to gotowi – nasza odpowiedź „twoja stara!” skutecznie „zgasiła” gości na pewien czas. Ci zresztą potem skupiali się głównie na dopingowaniu własnej drużyny, co jakiś czas wplatając jednak w swój repertuar obrażające nas przyśpiewki, na które nie pozostawaliśmy już bierni. Przypomnieliśmy też łodzianom, co sądzimy na temat ich dobrych relacji z poznańskim Lechem.

 

Biało-Czerwono-Biali także przygotowali na to spotkanie oprawę, której prezentacja następowała jednak bardzo wolno. Najpierw w pierwszej połowie ełkaesiacy zaprezentowali szczelnie wypełniającą sektor gości czarną sektorówkę ze złotym napisem „Niech moc będzie z wami”, która nawiązywała do „Gwiezdnych Wojen”. Gdy została zwinięta, na płocie pojawił się dopełniający ją transparent o treści „ŁKS jazda z k…”. Na drugą część choreografii przyszło nam jednak poczekać do drugiej odsłony meczu. Wtedy właśnie w miejsce wcześniejszego baneru wywieszono transparent „Street Warriors”, a chwilę później sektor gości wypełniła sektorówka z podobizną Dartha Maula, którego głowa zapłonęła blaskiem ogni wrocławskich. Trzeba przyznać, że zarówno pomysł na oprawę, jak i samo jej wykonanie trzymały dobry poziom.

 

Drugie 45 minut pojedynku rozpoczęliśmy tradycyjnie od hymnu Legii. W tym samym czasie na „Żylecie” pojawiły się sztycówki, którymi machaliśmy przez dobrych kilkanaście minut. Dość fajnie wyszło nam śpiewanie „Legiooo…!” na dwie trybuny z siadaniem i krótką przerwą w machaniu flagami. By zachęcić grajków do objęcia prowadzenia, głośno krzyczeliśmy w kierunku murawy „Legio, klubie Ty nasz, pokaż k…, jak w piłkę grasz!”. Niestety, efekt był zgoła odmienny od zamierzonego, bo to ŁKS strzelił bramkę. W 53. minucie Łukasz Piątek, po błędzie naszej defensywy, znalazł się w sytuacji sam na sam z Majeckim i bez większych problemów pokonał naszego bramkarza. Kibice eŁKSy wpadli w ekstazę, a my przecieraliśmy oczy ze zdumienia, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że Legia przegrywa z ostatnim w tabeli zespołem. Na szczęście do końca spotkania, którego losy wszyscy chcieliśmy jak najszybciej odmienić, pozostawało jeszcze bardzo dużo czasu. Chyba mało kto wierzył, że „Wojskowi” mogli ten pojedynek przegrać. Zresztą, przypomnijmy, że pod koniec sierpnia w Łodzi mieliśmy do czynienia z analogiczną sytuacją, kiedy to ŁKS dwukrotnie obejmował prowadzenie, by ostatecznie przegrać z 2-3.

Oprócz własnej niemocy tego dnia „Wojskowi” musieli się jeszcze borykać z niekorzystnie i stronniczo sędziującym Bartoszem Frankowskim, którego decyzje co i rusz podnosiły ciśnienie w naszych naczyniach krwionośnych. W pewnym momencie miarka się przebrała i arbiter dobitnie usłyszał niemal z każdej trybuny, co sądziliśmy na temat jego pracy i niego samego. Oczywiście, przy okazji dostało się także PZPN.

 

Dwadzieścia minut przed końcem meczu „(nie)dzielny” Rosołek, który dosłownie kilka minut wcześniej wszedł na boisko, zmieniając Arvydasa Novikovasa, głową pokonał Malarza i wyrównał stan meczu. Wiara w odmienienie losu tego spotkania ponownie w nas odżyła. Zresztą nie tylko w nas. „Wojskowi” zauważalnie podbudowali się zdobytym golem i coraz prężniej zaczęli nacierać na bramkę rywali. Chyba nie spodobało się to jednak arbitrowi, który nie zauważył zagrania ręką Sobocińskiego we własnym polu karnym… „Drukuj, k…, drukuj!” – krzyczeliśmy rozwścieczeni w kierunku murawy. Dopiero po chwili, gdy na boisku nasi kopacze mocno protestowali, Frankowski się zreflektował i udał się w kierunku linii bocznej celem odtworzenia nagrania wideoweryfikacyjnego, by po chwili wskazać na wapno. Ucieszyliśmy się, jednak wiedzieliśmy, że karny to jeszcze nie bramka. Do piłki podszedł Domagaj Antolić, po strzale którego futbolówka zatrzepotała w siatce przeciwników. Nasza radość z objęcia prowadzenia była ogromna. Zapytaliśmy też ironicznie łodzian, dlaczego nagle zrobiło się dość cicho w ich sektorze. Ełkaesiacy nie zdążyli jednak nawet właściwie zareagować, bo w tzw. międzyczasie „Wojskowi” postawili kropkę nad „i” – na dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry José Kanté mocnym strzałem z dystansu po raz trzeci pokonał swojego byłego kolegę z drużyny. „Jeszcze jeden!” – domagaliśmy się kolejnego trafienia. Na to zabrakło już jednak czasu, bo kilka minut później Frankowski użył gwizdka po raz ostatni w tym spotkaniu. Chwilę wcześniej zdążyliśmy jeszcze odśpiewać: „Za kibicowski trud”, „Za nasze miasto” oraz „Mistrzem Polski jest Legia”. Jak widać, wiarę w zwycięstwo trzeba mieć do samego końca. Wszak Legia ponad każdym!

 

Tuż po meczu po raz kolejny skandowaliśmy Arka Malarza, który podziękował nam za pamięć. Zasłużone brawa za niezłomność i wytrwałość otrzymali także nasi zawodnicy, z którymi wspólnie odśpiewaliśmy „Warszawę” i których zapewniliśmy, że niezależnie od okoliczności jesteśmy z nimi. Poprosiliśmy ich też o to, aby zawsze kierowali się mottem „Legia walcząca, Legia walcząca do końca!”, na co zareagowali owacjami. Za gościnę podziękowali nam także fani FC Den Haag, którzy otrzymali od nas gromkie brawa. A już tak zupełnie na odchodne zasugerowaliśmy łodzianom, że mogą wracać w wiadome miejsce, bo wesele właśnie się skończyło.

Dzięki wygranej z łódzkim KS Legia utrzymała fotel lidera. W najbliższą sobotę z kolei przyjdzie nam podróżować do Bełchatowa, gdzie swoje mecze rozgrywa Raków Częstochowa. Zanim jednak odbędzie się to pierwsze w tym roku kalendarzowym spotkanie wyjazdowe, wszystkich gorąco zapraszamy w czwartek do Areny Ursynów. Tam koszykarska Legia spróbuje swych sił w zmaganiach o Puchar Polski. A rywalizować będzie z HydroTruckiem Radom – tym samym, z którym przed paroma dniami minimalnie przegrała.

PS. Na naszym płocie zadebiutowała nowa flaga „Ząbki” z eLką w kółeczku po obu jej skrajnych stronach. Obecne też były nowe wzory sztycówek kupione przez SKLW ze środków uzyskanych ze sklepu Żyleta. Wywieszono także liczne transparenty: PDW, „Wowa – trzymaj się kumplu!” (w języku białoruskim), skierowany do kibica Torpedo Mińsk, „Śp. Piotr Zając ‘Misiek’ 1976-2020 Ż(L)B”, „Kisiel won z Legii” oraz w języku francuskim „Monsieur Nitot, il nest pas encore trop tard pour se retirer. Vous avez encore des clients, l’entreprise fonctionne encore…”, skierowany do potencjalnego inwestora klubu z Konwiktorskiej – właściciela firmy „Sii” z branży IT Gregoire’a Nitota. Jego treść można przetłumaczyć mniej więcej w następujący sposób: „Panie Nitot, nie jest za późno, by się wycofać. Ciągle masz klientów, a firma działa…”.

 

PPS. Przypominamy, że 29 lutego w godzinach 9-14 przy stadionie Legii odbędzie się kolejna zbiórka krwi, zorganizowana przez „Krewkich Legionistów”. 

 

Relacja ŁKS-u: 

Na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej przyszło nam jechać do Warszawy na Łazienkowską, gdzie nie dane było nam pojawić się od 2012 roku. Z zimowego snu poza fanatykami jeżdżącymi zawsze i wszędzie obudziło się też pełno kibiców dla których wyjazd na Legie był pierwszym od dawna. Sprzedaż biletów zaplanowana była na trzy dni, tydzień przed meczem. Zdziwili się jednak ci, którzy postanowili się wstrzymać z zakupem, bowiem cały sektor gości został wyprzedany pierwszego dnia.

 

Do Warszawy zdecydowana większość pojechała pociągiem specjalnym, który parę minut po godzinie 13 ruszył z Kaliskiej na dworzec Zachodni w Warszawie. Na dworcu w Warszawie przywitały nas liczne oddziały prewencji oraz trzy autobusy, które na dwie tury dowiozły wyjazdowiczów pod stadion. Zaraz po przybyciu pierwszej grupy zaczęło się mozolne wpuszczanie na sektor gości, które trwało ponad TRZY godziny (SIC!). Na godzinę przed meczem pod stadion autobusami dojechał skład sportowy wraz ze zgodami. Zaparkowali oni auta na błoniach Stadionu Narodowego i chcieli jechać pociągiem na Powiśle, ale psy im w tym przeszkodziły. Mecz w pierwszej połowie stał pod znakiem opraw z obu stron. Na wejściu piłkarzy, szczelnie wypełniona Żyleta zaprezentowała oprawę z sektorówki i transu „Legia ponad każdym” odpalając przy tym race. My odpowiedzieliśmy sektorówką strylizowaną na napisy końcowe Star Warsów z hasłem „Niech moc będzie z wami” oraz transparentem dopełniającym: „ŁKS jazda z kur*ami”. Doping stał na niezłym poziomie, chociaż ze względu na piętrowe trybuny ciężko było zsynchronizować dół z górą. Nie zabrakło obustronnych pozdrowień, które przez moment przerodziły się w festiwal piosenki wulgarnej. W drugiej połowie po strzeleniu przez naszych piłkarzy bramki sektor gości oszalał i poziom decybeli zdecydowanie wzrósł, co pozwoliło przebić się dopingiem i nakręcić korbę. Naszym piłkarzom brakło jednak sił w drugiej połowie i w 70 minucie Legia zdołała wyrównać. Wtedy przyszła pora na drugą oprawę z naszej strony. Z góry sektora gości zjechała sektorówka z Maulem, a u dołu sektora pojawił się transparent „Street Warriors” także stylizowany na „Gwiezdne Wojny”, do tego odpaliliśmy sporo ogni wrocławskich. Pod koniec meczu sędzia Frankowski zVARiował i podyktował karnego dla Legii, który całkowicie przekreślił szansę na jakąkolwiek zdobycz punktową. Po meczu pod sektor gości podeszli piłkarze, którzy podziękowali za tak liczną obecność w Warszawie. Tradycyjne, „Czy wygrywasz, czy nie..” oraz zapewnienie że jesteśmy z nimi i można było wracać do domu. Na sektorze po meczu musieliśmy odczekać godzinę zanim została otworzona brama, a później w trzech turach autobusy odwoziły nas do środków transportu. Podróż powrotna także bez przygód i parę minut po 23 cała szajka wyjazdowa zameldowała się w Łodzi, tam gdzie rozpoczęła podróż.

W Warszawie pojawiliśmy się w komplecie 1751 osób, w tym 140 Lecha, 120 Tyskich i 90 Zawiszy, byli z nami także przedstawiciele kilku zagranicznych ekip. Około 20 osób zostało zawiniętych, a także około 20 osób z zakazami zostało pod stadionem. Do tego jeszcze trochę osób incognito na sektorach gospodarzy. Na płocie sektora gości zawisło 21 flag: „Szlachta z miasta Łodzi” oraz flagi osiedlowe i FC: „Łódzki KS” Karolewa, „Hells Boys”, „Aleksandrów”, „WP”, „Teofilów”, ”Poddębice”, „Chojny”, „Kanzas”, „Limanka”, Rokicie”, Retkińscy Fanatycy”, „Piotrkowscy Ełkaesiacy”, Ruda”, a także flagi „Rataje”, „Grunwald”, „ZFCI”, „Świecie”, „WKS’10”, „Virage Sud Lyon”. Oprócz flag pojawiło się kilka transparentów wspierających naszych braci przebywających po drugiej stronie muru. Jak widać, potrafiliśmy pojechać do Warszawy w konkretnej liczbie co tylko świadczy o tym, że potencjał w nas drzemie spory i należy mieć tylko nadzieję, że do końca sezonu zainteresowanie naszymi wyjazdami będzie nie mniejsze niż na Legię. 

 

Włocłavia Szlachta Kujaw Włocławek:

W końcu wystartowała ekstraklasa, więc Włocławska Patologia ruszyła w Polskę. Na pierwszy wyjazd, który wypadł do Warszawy wybraliśmy się autokarem w 53 osoby. Większość drogi jedziemy z balastem w postaci kabaryny i tajniaków. Mając zapas czasowy zjeżdżamy pod Warszawą na stację, a tam niespodzianka w postaci dużego busa i legijnych aut. Wysypujemy się z autokaru, jednak legioniści cofają się do pojazdów i odgrodzeni psami opuszczają stację. Dalsza część drogi już z większym balastem i bez atrakcji. Inaugurację roku możemy zaliczyć do udanych, oby tak dalej. WP ON TOUR.

źródło: legionisci.com, lksfans.pl