Mecz pomiędzy Hutnikiem Warszawa i Bugiem Wyszków przyciągnął na stadion sporą rzeszę kibiców, z czego około 300 uformowało młyn. Na ten zaplanowane były obchody 60-lecia Hutnika, kibice nie zawiedli i podczas spotkania zaprezentowali dwie oprawy, do której odpalili sporą ilość przeróżnej pirotechniki.
Relacja OdMeczuDoMeczu:
Na dzisiejszy mecz planowane były obchody 60-lecia Hutnika, zatem w szeregach fanatyków Dumy Bielan od dobrych kilkunastu dni trwała mobilizacja do licznego przybycia i pobicia rekordu frekwencji w młynie. Pora spotkania – 11:00 – nie gryząca się z grillami, rozgrywkami centralnymi, ekstraklasą czy jakimiś tam ligami zachodnimi, jak ktoś w tv lubi – zdecydowanie sprzyjająca postawie „support your local club” – co na niższych szczeblach powinno być, a niestety często nie jest, normą.
Stadion na Marymonckiej to po prostu coś pięknego, totalny odlot i oldschool w najlepszym tego słowa znaczeniu, ale jeśli ktoś nie był – multimedia nie do końca oddają klimat tego miejsca.
Chociaż synoptycy przewidywali deszcz i nawet burze, a rano nad stolicą krążyły ciemne chmury, do rozpoczęcia meczu całkowicie się przejaśniło i zrobiło jak najbardziej majowo, co z pewnością również pomogło wykręcić dobrą liczbę widzów. W młynie Hutnika stawiło się około 300 fanatyków, w tym widoczne były barwy Narwi Ostrołęka, Warszawianki i Legii.
Na płocie powieszono flagi „CHŁOPCY Z BIELAN”, bemowskiego Hutnika, reprezentacyjną, a także trans „NAREW NIGDY NIE ZGINIE”.

Po kilkunastu minutach przyzwoitego dopingu rozpoczęto przygotowania do pierwszej tego dnia oprawy – flagi zwinięto, a ich miejsce zajęła folia z hasłem „NIECH ŻYJE NAM HUTNICZY STAN”.

Niedługo przed końcem pierwszej połowy całość uzupełniło odpalenie pomarańczowych i czarnych świec dymnych, co mimo światła dziennego dało naprawdę rewelacyjny efekt, a rosnące za młynem drzewa kapitalnie komponowały się z wysokim natężeniem kolorowego dymu. Ciekawie musiało to wyglądać zza stadionu, aczkolwiek zdaje się, że Straży Pożarnej nikt kto przechadzał się po okolicy nie wezwał.

Chwilę po rozpoczęciu drugich czterdziestu pięciu minut, na umówiony huk achtunga (które na Marymonckiej strzelały dziś co chwila), w asyście transparentu „STRAŻNICY PÓŁNOCY STOLICY”, odpalone zostały race i kolejna porcja pomarańczowych świec dymnych.

Mimo negatywnego przebiegu boiskowych wydarzeń głośny doping nie ustawał, a na zdecydowany plus należy ocenić jakość przyśpiewek fanatyków Dumy Bielan – mniej przynudzania standardowymi melodiami, słyszanymi na 95% polskich stadionów, więcej autonomiczności, humoru i własnej inwencji twórczej.
Zdaje się, że był to najlepszy pokaz ultras w stolicy w tym tygodniu. A ekipa Hutnika pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Można założyć, że gdyby ich drużyna występowała w II czy I lidze, kibicowsko byliby mocniejsi niż Siedlce, Pruszków, Legionowo i Puławy razem wzięte. Z całym szacunkiem do wyżej wymienionych. Tu już nawet nie chodzi o podniecanie się, że potrafili zmobilizować się na jeden mecz, ale to po prostu widać. Tę tożsamość, barwy, ilość nienajmłodszej już wiary czy co poniektóre sylwetki na sektorze.
„Mamy dla Was dobre wiadomości: pogadaliśmy z kim trzeba i na meczyk będzie porządna pogoda!” – pisali Hutnicy z początkiem miesiąca. Chyba faktycznie słońce było odgórnie ustalone – niedługo po wyjeździe z Bielan ściemniło się, a podczas pisania tych słów nakurwia deszcz, grad i burza.




