IFK Mariehamn – Legia Warszawa 12.07.2017 15 lipca 2017

Mecz w ramach eliminacji do fazy grupowej Ligi Mistrzów przyciągnął na stadion w Mariehamn 1637 kibiców, z czego około 160 osób stanowili kibice z Polski (niektórzy z różnych przyczyn odpuścili sobie wejście na stadion). Legioniści tego dnia powiesili na płocie 3 flagi i prowadzili dobry doping przez całe spotkanie. Podczas meczu debiut zalicza również nowa przyśpiewka na melodię „Chałupy welcome to”. Więcej o wydarzeniach na Wyspach Alandzkich możemy dowidzieć się z obszernej relacji Legionistów.

 

Relacja Legionistów:

Wyspy Brytyjskie, Wyspy Owcze, czy Wyspy Zielonego Przylądka – zapewne z geografii każdy z nas co nieco słyszał o każdych z nich, ale o Wyspach Alandzkich z pewnością wielu z nas dowiedziało się dopiero po wylosowaniu przez Legię niejakiego IFK Mariehamn. Klub gra w lidze fińskiej, wyspa należy do Finlandii, zaś zamieszkana jest w dużej mierze przez Szwedów, którzy za nic nie zamierzają posługiwać się językiem fińskim.

To tylko jedna z niewielu ciekawostek, które dane nam było poznać, przy okazji wyprawy przez Morze Bałtyckie.

Dla jednych rywal z Mariehamn był mało ciekawy, pewnie po części ze względu na brak atrakcji kibicowskich. Legię na wyjazdach jednak kibice wspierają nie tylko tam, gdzie wygodnie… poza tym pierwsze rundy w europucharach mają często charakter turystyczno-przygodowy, nie zaś stricte prawdziwie kibolski. Tegoroczna wyprawa zdecydowanie trafia do tej samej szuflady co choćby niedawne Botoszany, czy Lipawa. Może poza aspektem finansowym.

Opcji podróży do Mariehamn było kilka – część podróżowała przez Sztokholm i dalej promem prosto do miasta najbliższego rywala, niektórzy wybrali lot do Turku, skąd również można dostać się do 15-tysięcznego Mariehamn, zaś zdecydowanie najliczniejsza grupa ruszyła furami do Tallina, skąd popłynęła w 12-godzinny rejs promem. Ceny przeprawy promowej nie należą może do najtańszych, ale w razie braku funduszy, można było zrezygnować z wykupienia kajuty i wybrać nocleg na pokładzie. Promy zmierzające na Wyspy Alandzkie były pod ścisłą obserwacją policji, dla której zabezpieczenie meczu z Legią było największym przedsięwzięciem w historii wyspy, co potwierdzali później jej mieszkańcy. Osoby „podejrzane” były przeszukiwane przez fińską policję przed wejściem na prom w Kapellskär, podobnie jak wszystkie fury na polskich blachach, które na ten prom wjeżdżały. Na samym promie również liczba funkcjonariuszy była wielokrotnie większa, niż w przypadku normalnych przepraw, a mundurowi słysząc choć jeden kibicowski okrzyk, wpadali na miejsce, by pokazać, że są niezwykle czujni.

Po dobiciu do celu policja obecna była na każdym kroku. Skąd aż tylu funkcjonariuszy w tak niewielkim i spokojnym miasteczku? Otóż policję ściągnięto z całego kraju, m.in. z Turku, czy Helsinek. Na mieście nie było nic godnego uwagi. Parę sklepików, pojedyncze knajpki, niedaleko plaża i na tyle. Ci, którzy przyjechali do Mariehamn wcześniej, mogli się trochę wynudzić. Jeśli ktoś wybrał zabawę do białego rana… mógł imprezować właściwie non stop, bowiem o tej porze roku, w nocy robi się tam tylko trochę ciemniej niż w ciągu dnia.

Na dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania cała nasza grupa zebrała się w jednym miejscu, oddalonym o kilkaset metrów od stadionu IFK. Niestety zdjęcia z Google Maps tym razem okazały się mocno przestarzałe i ci którzy zamierzali obejrzeć spotkanie zza żywopłotu do kolan, musieli obejść się smakiem. W ciągu ośmiu lat, ten urósł na tyle wysoko, że bez drabiny trudno byłoby cokolwiek dojrzeć z chodnika przy stadionie. Zresztą miejscowi chcieli uniknąć darmowego oglądania meczu przez fanów z Warszawy, zapewniając wszystkim wejściówki w cenie 40 euro sztuka. Cena mocno nieatrakcyjna ale większość osób zdecydowała się na ten wydatek. Około 40 osób postanowiło zrezygnować z tego wydatku i przez całe spotkanie przebywali za ogrodzeniem.

Na naszym sektorze, znajdującym się na skraju jedynej trybuny stadionu, zasiadło ok. 160 osób. Od miejscowych oddzielała nas przygotowana specjalnie na to spotkanie siatka, która oddzielała nas także od strony murawy. Widać, że miejscowi mieli obawy, byśmy nie wykręcili czegoś z okazji 10-lecia wyprawy wileńskiej. W naszym sektorze zawisły trzy flagi, bowiem na więcej trudno było znaleźć miejsce. Gospodarze byli na tyle podekscytowani rywalizacją z Legią, że na wyjście piłkarzy puścili hymn Ligi Mistrzów. Z tym, że ten można grać dopiero od czwartej rundy eliminacyjnej.

Miejscowi wypełnili stadion do ostatniego miejsca, co nie było zbyt trudne, bowiem do dyspozycji fanów było zaledwie 1600 miejsc. Młyn miejscowych znajdował się dokładnie po drugiej trybuny krytej i był wyjątkowo liczny jak na możliwości IFK – znajdowało się w nim ponad 150 osób. Inna sprawa, że nie można powiedzieć, by ta grupa prowadziła regularny doping przez całe spotkanie, jak to ma miejsce w Polsce, czy… jak to miało miejsce w sektorze gości. Mieli bęben, coś tam podśpiewywali, ale tak naprawdę największa wrzawa miała miejsce, kiedy ich piłkarze przeprowadzali ataki. Po strzelonej bramce (nieuznanej przez sędziego) można było już mówić o prawdziwej euforii. Mieli ze sobą ze 20 flag na kiju. Na ich temat chyba więcej napisać się nie da, może poza tym, że wywiesili jedną flagę „Green mean machine. Mariehamn”. Jako ciekawostkę można dodać, że miejscowi kibice to w większości fani różnych drużyn ze Sztokholmu, głównie Djurgardrns.

Doping z naszego sektora prowadzony był przez całe spotkanie, ale nie da się ukryć, że jakichś konkretnych momentów było niewiele. Po długiej i męczącej podróży, jakoś trudno było się zmobilizować do zdzierania gardeł na miarę naszych możliwości. „Staruch” raz po raz starał się szukać wyzwań, które miałyby nas pobudzić do maksymalnego wysiłku. Tak więc staraliśmy się, żeby „Ceee” odbijało się echem od drewnianych, fińskich domków, jak również zależało nam, by mieszkańcy tej spokojnej miejscowości, mieli o czym opowiadać do końca życia swoim dzieciom, wnukom i prawnukom.

W drugiej połowie zdecydowanie największym wydarzeniem był debiut nowej kibicowskiej pieśni na melodię „Chałupy welcome to”:
Legia CWKS
Ciebie po życia kres
będziemy wspierać,
A wrogów je…ć,
Tylko CWKS.

To zdecydowanie najbardziej rozruszało naszą ekipę, a szczególnie, gdy gniazdowy dodawał do tego melodyjne „tarira rira” :). Nowej pieśni nauczyliśmy się dość szybko i przez dobrych 20 minut śpiewaliśmy ją non stop.

Nasz doping tego dnia był wyjątkowo kulturalny. Miejscowych nie było co pozdrawiać. Oberwało się jedynie spottersowi, który za pieniądze podatników podróżuje sobie po Europie, by zbierać kwity na kibiców Legii. „A Harri Olli, Jarka Nogala pier…li” to tylko jeden z okrzyków pod jego adresem. Nie mogło zabraknąć także „pozdrowień” dla Haniora oraz koleżanek z Konwiktorskiej – „Czarny kut…ie, w tym roku zdechniesz w B-klasie”.

Pod koniec spotkania odśpiewaliśmy hymn narodowy, a chwilę później podziękowaliśmy piłkarzom za pewne zwycięstwo. Kilku z nich rzuciło w trybuny swoje koszulki. Ze stadionu mogliśmy wyjść właściwie od razu po końcowym gwizdku sędziego. Większość z nas Wyspy Alandzkie opuszczało w nocy, zaś ostatnie osoby ruszały w drogę powrotną około 7 rano w czwartek. Za nami pierwszy europejski wyjazd. Na pewno nie najtańszy, ani najbardziej atrakcyjny, dla niektórych mocno hardkorowy (po taniości – bez noclegu). Zanim przyjdzie nam jechać do dalekiego Kazachstanu, czeka nas jeszcze wyjazd do Zabrza oraz mecz przy Ł3 z IFK Mariehamn. Jak udało się nam ustalić, zamieszkujący fińską wyspę Szwedzi, wybierają się do Warszawy w 20 osób jedynym dla nich sensownym połączeniem – przez Sztokholm. Bilety na nasze sektory są w bardzo przystępnych cenach, z 50 procentową zniżką dla karneciarzy. Przyjezdni zaś, podobnie jak my, będą musieli zapłacić za miejsca w sektorze gości po 40 euro.

źródło: legionisci.com   zdjęcia: Fot. Mishka / Legionisci.com