MŚ: Polska – Senegal 19.06.2018 15 lipca 2018

Jesteś ciekawy, jak od wewnątrz wyglądał Mundial w Rosji? Przed nami cykl felietonów prosto z Mistrzostw Świata, który będzie obejmował każdy dzień meczowy Reprezentacji Polski, miejscową scenę kibicowską, kulturę samych Rosjan oraz wiele ciekawostek z samego wypadu do tego ciekawego kraju. Autorem jest nasz kolega – Kibol Pielgrzym, który prywatnie jest fanatykiem lubelskiego Motoru. Na pierwszy ogień idzie tekst dotyczący meczu Polaków z Senegalem, który odbył się w Moskwie. Miłej lektury!


POLACY, GRAMY U SIEBIE!

Do Moskwy przyjechaliśmy dzień przed meczem. Sam wjazd do miasta zrobił na nas wielkie wrażenie. Przejazd z biednej i brudnej rosyjskiej prowincji do miasta, które lśni i przytłacza swoim monumentalizmem na każdym kroku, był jak teleport to innego świata.

Do miasta wjeżdżaliśmy niecałe cztery godziny. Im bliżej centrum byliśmy, tym większe robiło na nas wrażenie. Zdjęcia nie oddają wielkości Moskwy. Po za tym w przeciwieństwie do reszty kraju, tutaj wszystko lśni, jest nowe, czyste, proste. Śmieliśmy się że, by jeszcze bardziej poprawić wizerunek Putin kazał malować trawę na zielono. Miasto jest bardzo gęsto zabudowane, co dodatkowo potęguje wrażenie jego wielkości.

Jest to też miasto, któremu nie jest obcy kicz.

Nocowaliśmy na kempingu w dzielnicy Sokolniki na północnym wschodzie, między trzecią, a czwartą obwodnicą Moskwy, czyli blisko centrum. To blisko to około 30 minut tramwajem do metra, a później około 30 minut dwoma liniami z jedną przesiadką lub 1,5 godz. samochodem. Polacy stanowili około 80% wszystkich mieszkańców kempingu.

Kwaterując się na kempingu doświadczyliśmy jedynego przejawu wrogości w czasie całego wyjazdu. Szef pola powiedział, że nie ma dla nas miejsca. Zaczęliśmy dopytywać po rosyjsku: jak to? przecież w mailu rezerwacyjnym pisał co innego. W pewnym momencie nasza znajomość rosyjskiego okazała się za mała. Życzliwa pracownica kempingu zaczęła nam tłumaczyć po angielsku o co chodzi, ale szef uciszył ją zdecydowanie mówiąc: Tiho, niech ani gawarjat pa ruski. Ciach bajera! W tym samym czasie przyszedł około 12 letni chłopiec z Polski, który po angielsku pytał się szefa, kiedy zamykają wjazd na pole namiotowe. Szef udał, że nie rozumie po angielsku i kazał mi tłumaczyć na ruski. Uświadomiłem sobie, że ten człowiek nie udaje, on na prawdę nie chce się z nami dogadać. Jeszcze na domiar złego do biura przybiegło czterech pijanych Polonusów z USA, jeden z nich miał czapkę wojskową z sierpem i młotem na tle czerwonej gwiazdy. Szefuncio zrugał go strasznie (co akurat mu się należało) tak, że ten zaczął go przepraszać.


Gdy wszyscy tamci już wyszli, szef powiedział do nas, że jednak nas przyjmie, byśmy nie mówili, że Ruscy są źli. Powiedziałem mu, że polityka polityką, ale ja do Ruska jako człowieka nic nie mam. Na co ten mi odpowiedział, że ma coś do Polaków, nie lubi ich i nigdy by do Polski nie przyjechał.

Po tym ciepłym powitaniu zaczęliśmy obczajać kemping. Odnieśliśmy wrażenie, że zjazd Januszów z całej Polski odbywa się właśnie w Moskwie. Całe rodziny z dziećmi, dziadkami i babciami lub pijani panowie w wieku 45-60 lat, którzy myślą, że są zabawni, przyjechali tu na piknik. Całą noc pili i śpiewali Polska biało czerwoni. Barwy, nawet te klubowe, były beztrosko pozostawione na kamperach i namiotach. Nie byłoby żadnego problemu, by zabrać je bez walki.

Po za Polakami drugą najliczniejsza nacją byli Niemcy, dużo było Meksykanów, Argentyńczyków i Chorwatów.

W dzień meczu z samego rana pojechaliśmy na miasto. Polacy byli wszędzie. Przemieszczali się grupkami, gdzie nie spojrzałeś widziałeś Polaka. To było budujące i pompowało atmosferę. Wiele było Polonii z USA czy Niemiec. W metrze spotkaliśmy Polaków (lub kibiców Polski), którzy w ogóle nie umieli mówić po Polsku. Widzieliśmy też turka w koszulce Polski. Stwierdzenie Moskwa jest nasza tego jednego dnia nie było przesadzone.

Po za obecnością kibiców, słyszeliśmy w rosyjskim radiu długą audycję promującą Zakopane (ciekawostką jest, że Tatry to wysokie góry znajdujące się najbliżej Moskwy, Kaukaz i Ural leżą dalej). Po Moskwie jeździł piętrowy autokar promujący Polskę, również sklepy odzieżowe w Moskwie przybrały Polskie barwy.

O godzinie 12. wzięliśmy udział w spotkaniu z Rosyjską Polonią. Spotkanie odbyło się w katedrze katolickiej. Obecni byli reprezentanci: Motoru Lublin, Płomienia Mońki, Wisłoki Dębica, Zagłębia Sosnowiec oraz samozwańczy Król Polskich Kibiców Bobo, który narzekał na zdrowie.

Stowarzyszenie Polonii w Rosji prosiło Polaków o przywiezienie polskich książek. W czasie spotkania przekazano te książki Polskiej Bibliotece w Moskwie.

Po spotkaniu odbył się poczęstunek oraz dyskusja. Poznaliśmy panią prezes stowarzyszenia oraz trudną historię najmłodszych rodaków w Rosji. O sytuacji Polonii na kresach szerzej będę pisał w specjalnej relacji w przyszłym roku.

Prosto ze spotkania pospieszyliśmy na zbiórkę Polaków na Placu Czerwonym. Dochodząc do placu pod pomnikiem Żukowa zobaczyliśmy setki ludzi ubranych na biało czerwono podzielonych na grupki, śpiewających chaotycznie, pijących alkohol, bawiących się z kibicami innych krajów, udzielających wywiadów. Widząc to zadaliśmy sobie pytanie, czy to jest na pewno ta zbiórka? To przecież porażka.

Nie mieliśmy ochoty uczestniczyć w tym zbiorowisku. Doszliśmy do wniosku, że idziemy zwiedzać dalej. Przeszliśmy raptem 100 metrów i za rogiem budynku była już ta właściwa zbiórka, która prezentowała się godnie! To jest to czego szukaliśmy.

Okazało się, że tamten tłum to przypadkowe zbiorowisko naszych, a ponieważ było nas naprawdę bardzo dużo, odnieśliśmy mylne wrażenie, że to właśnie jest oficjalne zgromadzenie. Zwiedzanie odrzuciliśmy na dalszy plan i przyłączyliśmy się do dopingu.

Ciężko mi określić ilu Polaków mogło uczestniczyć w przemarszu, ale z łatwością mogę stwierdzić, że doping był prowadzony z pomysłem, powiedziałbym nawet, że z jajem. Prowadzący nie bali się forsować kontrowersyjnych, ale chwytliwych przyśpiewek typu: Moskwa jest nasza, Polacy gramy u siebie, Kto nie skacze lub kto nie siada ten z Afryki, jesteśmy ch… wie gdzie… Wielu uczestników było już pijanych. Wiele osób chyba po raz pierwszy znalazło się na takim marszu, dlatego nie do końca wiedzieli jak się zachować. Te wszystkie czynnik sprawiły, że jakość dopingu jak na naszą liczbę pozostawała wiele do życzenia, ale była przyzwoita.

Mimo wszystko budziliśmy zdziwienie i zainteresowanie okolicznej ludności i innych kibiców, którzy sprawiali wrażenie lekko zagubionych.

Trasa przemarszu biegła między Placem Czerwonym, a Placem Łubiańskim przy którym znajduje dawna siedziba KGB, (a obecnie FSB) zwana potocznie Łubianką. Pieszo to zaledwie 800m. Przejście tego dystansu zajęło nam jednak około godziny. Pochód wielokrotnie zatrzymywał się, by kucać, klaskać lub po prostu zaśpiewać coś ze zdwojoną siłą. Wiem, że w tym czasie byliśmy intensywnie obczajani przez kibiców i tajniaków rosyjskich.

Gdziekolwiek byśmy nie byli czy to Moskwa, Kazań lub Wołgograd, nigdy nie brakowało pozdrowień dla braci z Węgier, którzy byli z nami w Rosji. Węgry były reprezentowane nie tylko przez ekipy klubowe, ale też przez zwykłych kibiców.

Po przejściu pod Łubiankę wszyscy weszli do metra i pojechali pod stadion. My zostaliśmy na śródmieściu ponieważ nie mieliśmy biletów na to spotkanie.

Mecz z Senegalem postanowiliśmy oglądać w strefie kibica między stadionem Łużniki, a Uniwersytetem Moskiewskim (którego rektorat przypomina Pałac Kultury w Warszawie). Przy wejściu na strefę stosowano taką samą kontrolę jak na stadion, która jednak bardziej przypomina wejście do samolotu.

Atmosfera na strefie okazała się dla nas wielkim rozczarowaniem. Sama strefa oczywiście jak wszystko w Rosji bardzo duża, ale Polaków i Senegalczyków bardzo mało.

Najwięcej było Rosjan i Latynosów. Niestety nasza liczba była tak niewielka, że nawet nie odśpiewaliśmy wspólnie hymnu. Sam mecz interesował niewiele osób, wszędzie dookoła prowadzone były jakieś konkursy, tańce czy rozmowy.

Również i mi udało się nawiązać kontakt z młodym kibicem Spartaka. Prosił, by nauczyć go Polskich okrzyków. Gdy spytałem się dlaczego tego chce odpowiedział, że bardzo lubi i szanuje Wojciecha Kowalewskiego, który grał w Spartaku kilka lat, to dzięki niemu lubi też Polskę.

W czasie drugiej połowy do strefy zaczęli masowo napływać Rosjanie, którzy grali mecz bezpośrednio po nas. Jeszcze w czasie spotkania z Senegalem zapełnili prawie wszystkie miejsca.

Było ich na tyle dużo, że najpierw zamknięto wejścia do strefy kibica, a gdy to nie pomogło, bo ludzie dalej nacierali, zamknięto stacje metra w okolicy strefy. Co to oznacza nie muszę chyba tłumaczyć.

Na dzielnice Sokolniki wróciliśmy dopiero koło 21.30. Szukając tańszego jedzenia, weszliśmy do osiedlowej barówy pełnej tubylców, by się posilić i obejrzeć drugą połowę meczu Rosja-Egipt. W środku znów czekali na nas kibice Spartaka, tym razem woleliśmy pozostać anonimowi.

Po doświadczeniach ostatniej nocy liczyliśmy, że tym razem na kempingu odbędzie się impreza pod tytułem Polacy nic się nie stało. Tymczasem było cicho jak makiem zasiał. Przy wejściu czekał patrol policji pilnujący porządku. Wszystko było dobrze rozkminione.
Następnego dnia nastąpił swoisty exodus Polaków z Moskwy. Najwięcej naszych spotkaliśmy na poczcie, gdzie wszyscy wysyłali pocztówki do znajomych lub w kolejkach do głównych atrakcji turystycznych.

Wyjazd z Moskwy w kierunku Kazania zajął nam jeszcze dłużej niż wjazd. Na przestrzeni około 230 km autostrada mimo, że przez większą cześć miała pięć pasów była tak zatłoczono, że nie dało się jechać szybciej niż 80 km/h. Gdy autostrada zmniejszyła się do dwóch lub trzech pasów nasza prędkość spadła do 40 km/h. Ta część Moskwy jest też w dużo gorszym stanie, niż ta od strony Smoleńska.


Przejazd z Moskwy do Kazania zajął nam na spokojnie trzy dni. Mogę uchylić rąbka tajemnicy, że tam było dużo ciekawiej. Relacja już wkrótce.